Amerykańskie bombardowania Opola Autor: krzysztal°, Aktualizacja: 2009-12-18 16:31:53 |
| Amerykańskie naloty na Opole stanowią wciąż słabo poznaną kartę w dziejach miasta. Najbardziej znany jest atak z 18 grudnia 1944, jednocześnie obrósł on licznymi hipotezami. Pozostałe naloty są jedynie wzmiankowane, bez podawania dokładniejszych informacji o działaniach lotników. Także przyczyny zrzutu bomb na miasto nie są jasne. Korzystając ze źródeł amerykańskich można chociaż w części uzupełnić obraz tamtych wydarzeń.
|
Już od pierwszych dni wojny Opole znalazło się w kręgu zainteresowań, najpierw lotnictwa polskiego a po tragicznej kampanii wrześniowej, lotnictwa brytyjskiego. Po czerwcu 1941 roku na śląskim niebie aktywnie działało również sowieckie lotnictwo dalekiego zasięgu, jednak wraz z przesuwaniem się linii frontu dalej na wschód, radzieckie maszyny przestały pokazywać się nad regionem. Sytuacja taka trwała do początków stycznia 1944 roku, kiedy to wojska amerykańskie opanowały rejon południowych Włoszech. Na licznych lotniskach wokół miasta Foggia rozlokowały się jednostki nowo sformowanej 15. Armii Powietrznej. Nieosiągalne dotąd dla amerykańskich bombowców tereny Opolszczyzny znalazły się teraz w ich zasięgu.
W lutym 1944 amerykańscy planiści, na podstawie zdjęć lotniczych i najpewniej raportów polskich grup konspiracyjnych, sporządzili czterostronicowy dokument, zawierający informacje o znajdujących się w mieście celach ważnych ze względów strategicznych. Za najważniejsze uznano infrastrukturę komunikacyjną, zapewne głównie kolejową, reprezentowaną przez dwa rozległe pola rozrządowe, dogodne do ataków z dużych wysokości.
Pomimo iż w początkach wojny Niemcy umieścili Opole w grupie celów najbardziej zagrożonych nalotem bombowym, środki ochrony miasta i jego obiektów strategicznych były wyjątkowo słabe. Obrona przeciwlotnicza była jedynie symboliczna. Jak podaje prof. Konieczny w swojej książce, obronę tą w końcu 1942 roku stanowiło 38 stanowisk karabinów maszynowych, służących do zwalczania nisko lecących samolotów i desantów powietrznych. Do 1944 roku sytuacja najpewniej nie uległa zasadniczym zmianom, możliwe, że w mieście zainstalowano kilka lekkich baterii, nieprzydatnych jednak do zwalczania bombowców latających na dużych wysokościach. Dowódcy wojskowi być może zakładali, że miasto bronione będzie od południa przez wyjątkowo liczną i nowoczesną ciężką artylerię w rejonie zakładów w Blachowni, Kędzierzynie i Zdzieszowicach.
Zakłady te stanowiły notabene główny cel wizyt alianckiego lotnictwa nad Opolszczyzną. Wytwarzano w nich głównie benzynę syntetyczną, gaz i wszelkiego rodzaju smary na potrzeby niemieckich sił zbrojnych i przemysłu. Odkąd w początkach 1944 roku ruszyła produkcja w Kędzierzynie i Blachowni, cele te automatycznie znalazły się na wysokich miejscach listy obiektów przeznaczonych do zniszczenia.
Samo Opole natomiast nigdy nie stało się miejscem bezpośrednio wyznaczonym przez sztabowców do zaatakowania podczas konkretnej misji. Ja więc doszło do rzutów bomb na miasto? Aby to wyjaśnić trzeba odwołać się do amerykańskich zasad przeprowadzania nalotów, czyli zbioru dyrektyw wydanych przez najwyższe dowództwo.
Sztab 15. Armii Powietrznej wyznaczył cztery rodzaje możliwych do zaatakowania celów:
1. Cel podstawowy (ang. Primary Target): Atak metodą wizualną na zakład produkujący na potrzeby prowadzenia wojny, instalacje kolei żelaznej lub inny cel militarny. Cel ten był wybierany przez dowództwo sił powietrznych zgodnie z ówczesną odgórną strategią bombardowań.
2. Cel drugorzędny (ang. Secondary Target): Zwykle wybierany przez dowództwo sił powietrznych zgodnie z odgórną strategią bombardowań, jego lokacja była zgodna z trasą lotu bombowców i eskorty myśliwskiej na cel podstawowy. Cele wyróżniano w zależności od metody ataku:
a. Atak wizualny: rodzaj celu podobny do celu podstawowego
b. Atak bez widoczności (z użyciem radaru): atak na miasto położone w bezpośredniej bliskości celu wyznaczonego do ataku wizualnego.
3. Cel trzeciorzędny (ang. Last-Resort Target): Ostatni z rodzajów celów wybieranych przez dowództwo sił powietrznych, z kwalifikacjami takimi samymi jak dla celu drugorzędnego.
4. Cel przygodny (ang. Target of Opportunity). Cel wybierany przez dowódców w powietrzu, kiedy uczestniczą w misji i nie mogą zaatakować żadnego z powyżej wymienionych celów. Może się zdarzyć że pogoda, działania wroga, lub nieprawidłowa nawigacja rozproszą wielką formację, wydzielając z niej skrzydła, grupy, dywizjony lub nawet pojedyncze samoloty i jeżeli są one nad Niemcami, zachęca się poszczególnych dowódców i pilotów aby samodzielnie poszukiwali wartościowych celów dla swoich bomb. Zabronione jest atakowanie celów przygodnych leżących na terenach okupowanych przez państwa osi.
Korzystając z zasad określających ostatni rodzaj celu często atakowano miasta, co oznacza, że bomby zrzucano na jego cywilną zabudowę, nie celując w obiekty militarne w nim umiejscowione.
Naloty na wszystkie rodzaje celów stały się możliwe praktycznie w każdych warunkach, gdy na wyposażenie lotnictwa amerykańskiego wprowadzono radar pokładowy. Umożliwiał on zrzuty bomb na cele niewidoczne gołym okiem, np. zasłonięte przez warstwę chmur. Radar pozwalał wykrywać tereny zabudowane, wyświetlając je na ekranie wewnątrz samolotu w formie jasnych plam. Jego dokładność była jednak mocno ograniczona, przy największej czułości mógł oddać na ekranie, będącym okręgiem o średnicy ok. 20 cm, obiekty w promieniu 8 km od bombowca. Stąd odpowiednio wyraźny obraz dawały jedynie rozległe cele, np. rafinerie, a także duże kolejowe pola rozrządowe. Odpowiednie „echo” dawały także zabudowania miast, co umożliwiało częstsze ich wybieranie jako celów przygodnych.
Do bombardowań tego rodzaju celów w Niemczech, w tym na Śląsku, lotników zachęcała też dyrektywa dowódcy 15. Armii Powietrznej wydana 7 listopada 1944 roku:
„Wszelkie instalacje o znaczeniu militarnym, linie komunikacyjne, obiekty przemysłowe, nie ważne jak małe, które zwiększają niemieckie możliwości wojenne, a także prawie każde z licznych niemieckich miast zawierające choć jeden taki cel mogą być obierane jako cele przygodne w wypadku, gdy cel podstawowy lub cele o innych klasyfikacjach nie mogą być zbombardowane. Jest niezbędnym, aby zrzucona była każda bomba zaniesiona nad terytorium Niemiec, powodując przy tym maksymalne rezultaty. W żadnych okolicznościach bomby zaniesione nad terytorium Niemiec nie mogą zostać (niewykorzystane i) przywiezione do bazy”.
Wszystkie amerykańskie naloty na Opole wykonane były właśnie na zasadzie celu przygodnego. Oznaczało to, że o wybraniu miasta lub obiektów w jego rejonie jako celu dla bomb decydował pilot samolotu, często dwudziestokilkuletni młodzieniec. On też „kładł na szali” życie mieszkańców, jak podczas misji z 18 grudnia.
Jednak nalot z 18 grudnia nie było pierwszym atakiem na Opole wykonanym przez maszyny 15. Armii Powietrznej.
Amerykańskie formacje pojawiały się nad Opolem już podczas pierwszego wielkiego nalotu na śląskie zakłady przemysłowe, w dniu 7 lipca 1944. Nie zrzucały jednak bomb na miasto, jedynie przelatywały w jego okolicach powracając znad celów do baz we Włoszech.
Dopiero ponad cztery miesiące później miał miejsce pierwszy udokumentowany amerykański atak lotniczy na miasto. W dniu 20 listopada 1944 wysłano 509 maszyn bombowych nad zakłady chemiczne w Kędzierzynie. Sześć B-24 odłączywszy się od głównej formacji nadleciało nad Opole. O godzinie 12.54 przy dobrej widoczności, zrzuciły 42 ćwierćtonowe bomby. W wyniku nalotu jedynie jeden dom w zachodniej części miasta został zburzony, dwa inne uszkodzone; nikt z mieszkańców nie zginął, tylko dwie osoby zostały lekko ranne. Prof. Konieczny za obiekt ataku uznał dworzec kolejowy, jednak lotnicy w raporcie mieli zapisać, że celem było samo miasto.
Kolejny nalot odbył się 2 grudnia. Za cele dla armady powietrznej, liczącej 436 maszyn, wyznaczono tym razem zakłady w Blachowni Śląskiej, Kędzierzynie i Zdzieszowicach. Podczas tej misji miasto za cel obrały dwa pojedyncze samoloty. Samotna Latająca Forteca B-17 zrzuciła 2,5 tony bomb przy dobrej widoczności, za cel biorąc kolejowe pole rozrządowe. Tego dnia nad Opole nadleciał także jeden bombowiec z innej jednostki, najprawdopodobniej Liberator, obierając za cel instalacje kolejowe i zrzucając dwie tony ładunku. Widoczność celu podczas tego zrzutu była jednak niedostateczna i lotnicy wspomogli się radarem pokładowym do jego zlokalizowania. Miejscowa centrala odnotowała jeden z tych ataków o godzinie 12.34.
Już 10 dni później miał miejsce kolejny nalot. Dowództwo amerykańskie, ze względu na złą pogodę i chmury nad celem, czyli zakładami chemicznymi w Kędzierzynie, wysłało na misję jedynie 91 maszyn, wszystkie wyposażone w radar niezbędny do zaatakowania celu bez jego widoczności. Podczas dolotu do zakładów bombowce nie tworzyły jak zwykle dużych, zwartych formacji, ale dwu lub trzy maszynowe grupy. Tym razem z bombami nad Opole nadleciały dwie samotne Latające Fortece. Pierwsza z nich, biorąc za cel miasto, zrzuciła 10 ćwierćtonowych bomb. Celem drugiej było kolejowe pole rozrządowe, na które zrzuciła taką samą ilość bomb co pierwsza maszyna. Oba samoloty zrzuciły ładunek przy słabej widoczności celu, używając radaru do jego lokalizacji. W wyniku pierwszego ataku uszkodzony został m.in. gmach Sądu Krajowego przy ul. Książąt Opolskich 50, ranne zostały dwie osoby. Służby ostrzegawcze odnotowały jeden ze zrzutów o godzinie 11.34.
Następny, jak się okazało najtragiczniejszy w skutkach, nalot na Opole odbył się sześć dni później.
W poniedziałek, 18 grudnia, dowództwo amerykańskie zdecydowało się wysłać większość swoich maszyn z 15. Armii Powietrznej na obiekty przemysłowe na Śląsku, przydzielając im odpowiednio silną eskortę myśliwską. Za cele obrano ośrodki w: Zdzieszowicach, Blachowni Śląskiej, Kędzierzynie i Oświęcimiu. Zaatakować je miały wszystkie grupy bombowe z 5., 49., 55. i 304. Skrzydła Bombowego. Łącznie zaplanowana formacja liczyła około 520 samolotów bombowych.
Start maszyn z baz odbył się w godzinach 7.00-8.00 rano. Problemy rozpoczęły się już niedługo po wzniesieniu w powietrze. Wiele załóg zawróciło z trasy z powodu usterek mechanicznych, reszta miała opóźnienia z powodu trudności w formowaniu szyku. Także aura nie sprzyjała lotnikom, gdyż wlatując nad Austrię i Węgry napotkali wyjątkową złą pogodę: wysokie i gęste chmury praktycznie całkowicie zakrywające ziemię i ograniczające widoczność. W obliczu takich warunków część dowódców, obawiając się, że ich samolotom zabraknie paliwa na powrót do baz, zdecydowała się zawrócić i zbombardować cele drugorzędne i trzeciorzędne położone bliżej swoich macierzystych lotnisk. Ponadto z różnych przyczyn wiele formacji zostało rozbitych na grupki kilku maszyn, lub nawet pojedynczych samolotów, których załogi oddzielone od swoich jednostek na własną rękę kontynuowały misję, szukając odpowiednich celów dla swoich bomb. Jedna z takich małych grup zaatakowała Opole.
O zbliżaniu się kilku fal samolotów centrala ostrzegawcza w Opolu została poinformowana o godzinie 10.36, o 11.22 ogłoszono alarm. Wkrótce potem samoloty były nad wszystkimi większymi miastami regionu: m.in. Krapkowicami, Koźlem, Prudnikiem, Strzelcami Opolskimi, Brzegiem, Opolem i Ozimkiem.
Około godziny 11.30 pierwsze bombowce zaatakowały zakłady w Zdzieszowicach, natomiast o 11.55 bomby spadały już na Blachownię Śląską. Najpóźniej, bo o godzinie mniej więcej 12.20 amerykańskie formacje nadleciały na zakłady oświęcimskie. Lotników nad celami przywitało zachmurzone niebo i celny ogień artylerii przeciwlotniczej. Zdzieszowice były całkowicie zasłonięte przez chmury, niewielkie prześwity były nad Kędzierzynem i Blachownią, jedynie nad Oświęcimiem chmur było niewiele.
Kilkanaście minut wcześniej przelatywała nad Opolem, podobnie jak inne grupy wracające już do baz po zrzuceniu ładunku na Blachownię, 464. Grupa Bombowa. Jej lotnicy o godzinie 12.07 przez luki w chmurach zaobserwowali, iż oba kolejowe pola rozrządowe wypełnione są całkowicie wagonami, ich liczbę oszacowano na 500. Meldowali także, iż podczas swojego przelotu nad zabudowaniami nie napotkali ognia artylerii przeciwlotniczej. Dwadzieścia minut później bomby z maszyn innej jednostki spadły na miasto.
O 12.27 nad Opole nadleciał klucz trzech samolotów, najprawdopodobniej B-24. Cel był zakryty chmurami, więc lotnicy posłużyli się radarem pokładowym do jego lokalizacji. Lecąc wzdłuż osi północny wschód – południowy zachód maszyny zrzuciły razem 24 bomby. Niemcy uznali, że lotnicy celowali w mosty, jednak oni sami w raporcie zapisali inaczej: celem było miasto.
Zrzucone bomby w większości uderzyły w domy mieszkalne i instytucje państwowe, jedynie kilka spadło na niezabudowane tereny zachodniego brzegu Pasieki i wschodni brzeg Zaodrza. Zniszczonych zostało zupełnie pięć budynków przy: placu Piłsudskiego 5, 7, 17 oraz ulicy Piastowskiej 6 i 7 (niektórzy autorzy wymieniają wśród nich także budynek przy ulicy Beskidzkiej 12, jest to jednak mało prawdopodobne), częściowo zburzonych i uszkodzonych zostało trzynaście budynków przy ulicach: Niedurnego 17, Spychalskiego 22, Topolowej 2, Książąt Opolskich 25, 50, Piastowskiej 2, 5, 13, Ostrówek 7 oraz przy placu Piłsudskiego 12, 13, 14. Najprawdopodobniej ucierpiały także budynki przy Książąt Opolskich 23 i 27, oraz nieustalony z numeru budynek przy ul. Odrowążów.
Nalot ten pochłonął także znaczną liczbę ofiar w ludziach. W hotelu „Huch” przy ul. Książąt Opolskich 25, w którym miało się wtedy odbywać przyjęcie weselne, zginęło ok. 40 osób, część z nich była stałymi mieszkańcami tej kamienicy np: dzieci Berthold (lat 5) i Edita (lat 11) oraz ich matka Edith Goebel (lat 36), rodzina Bertholda Goebela, prawnika. Także dwóch pracowników wydziału katastralnego zginęło w piwnicy skrzydła kasowego gmachu rejencji, przy ul. Piastowskiej 13. Trafiony został również gmach Sądu Krajowego przy ul. Książąt Opolskich 50, nikt w nim nie poniósł śmierci, w wyniku zniszczeń unieruchomiona została jednak kotłownia budynku.
Nie jest znana dokładna liczba osób, które tamtego dnia zginęły w mieście; prof. Tomczyk określa ich liczbę na 104, podając w jednej ze swoich publikacji imienną listę 64 stałych mieszkańców Opola, ofiar nalotu. Resztę zabitych mieli stanowić w większości robotnicy przymusowi, głównie Polacy. Komunikat NSDAP z 1944 roku informuje natomiast o 80 zabitych i 33 rannych Niemcach.
Sami lotnicy, w wyniku prawie kompletnego zachmurzenia, najprawdopodobniej nie poznali rezultatu zrzutu swoich bomb. Co więcej w wyniku problemów z nawigacją sądzili, że zaatakowali miasto w Czechach. Zapewne widząc z daleka na ekranie radaru duże skupisko zabudowań zdecydowali się nie ryzykować lotu nad cel podstawowy, a za to na nie zrzucić swoje bomby. Także samego zrzutu dokonali bez przeszkód, nie utrudniała im go artyleria przeciwlotnicza. Po zrzuceniu ładunku samoloty obrały kurs powrotny do Włoch.
Gdy na Opole spadały bomby, nalot na główne cele tego dnia dobiegał już końca. Ostatecznie amerykańskie maszyny opuściły niebo nad Śląskiem ok. godziny 13.30. W bazach samoloty zaczęły lądować około godz. 15.00.
Gdy lotnicy wrócili do baz podsumowano wyprawę i jej skutki. Okazało się, że z zaplanowanych ok. 520 samolotów na cele przemysłowe na Śląsku bomby zrzuciło 366 maszyn, tj. nieco ponad 70 procent zakładanej liczby początkowej. Nad Zdzieszowicami 169 samolotów zrzuciło 366,5 ton bomb, na Blachownię nadleciało 87 maszyn zrzucając 161,5 ton bomb, nad Oświęcimiem z 49 bombowców zrzucono 109,0 ton bomb. Ponadto sześćdziesiąt jeden samolotów zrzuciło 112,0 ton bomb na nakłady w Kędzierzynie. Bombowce które zawróciły zaatakowały m.in. cele kolejowe w Ostrawie Morawskiej (Czechy) i mieście Studentzen (Austria), oraz kolejowe pola rozrządowe w miastach: Graz (Austria) i Sopron (Węgry). W zaatakowanych śląskich zakładach Niemcy następująco ocenili straty: w Blachowni powstały ciężkie szkody, w Oświęcimiu były one średnie, natomiast w Kędzierzynie nieznaczne.
Formacje spowodowały w atakowanych obiektach wymierne zniszczenia, jednak same także poniosły straty. 18 maszyn bombowych nie powróciło do baz po nalocie, dalsze 10 awaryjnie lub przymusowo lądowało we Włoszech poza swoimi macierzystymi lotniskami, bardzo wiele było uszkodzonych. Sporej części z nich zabrakło paliwa na końcowy odcinek drogi powrotnej. Wśród samolotów myśliwskich nie było strat, jedynie jedna maszyna została ciężko uszkodzona przy lądowaniu w bazie. Amerykańscy sztabowcy nie znając rezultatów nalotu, już na następny dzień wyznaczyli kolejną misję na śląskie cele, ostatni z ataków na zakłady przemysłowe przeprowadzono 26 grudnia.
Po nalocie z 18 grudnia Opole nie było więcej atakowane przez amerykańskie lotnictwo. W samym mieście natomiast przeprowadzano naprawy uszkodzonych budynków i zabezpieczano ruiny tych zniszczonych. Po ostatnim nalocie magistrat miasta przyjmował wnioski o wypłatę odszkodowań od osób które poniosły w nim straty. Po ich rozpatrzeniu wypłacano po 300-500 marek osobom, których mieszkania zostały całkowicie zniszczone, a pomniejsze kwoty osobom, które do naprawy mieszkań wynajęły odpowiednie firmy, i przedstawiły we wnioskach rachunki. Ostatnie z odszkodowań wypłacane były jeszcze 20 stycznia 1945 roku. Niezwykłe, że magistrat wciąż pracował, pomimo tego że do miasta zbliżały się z ogromnym impetem wojska sowieckie, a ewakuację mieszkańców zaczęto już 17 stycznia. Zapewne osoby, które odebrały odszkodowania czym prędzej uciekały z opustoszałego miasta. Kilka dni później nad Opolem znowu pojawiły się alianckie myśliwce i bombowce, tyle że już nie z białymi, a czerwonymi gwiazdami na kadłubach.
|